Tekst wywiadu pierwotnie został zamieszczony w gazecie „Święty Wojciech” 2023, nr 6(200) – cz. I oraz 7(201) – cz. II.


.::  Z Jezusem czuję się bezpieczny  ::.
25-lecie kapłaństwa Księdza Proboszcza Trojana Marchwiaka

30 maja 2023 roku minęło 25 lat od święceń kapłańskich Księdza. To piękny jubileusz. Patrząc z takiej perspektywy, myślę, że warto pokusić się o chwilę refleksji. Jaka była Księdza droga do kapłaństwa? Kiedy zrodziło się powołanie: czy było ono nagłe, czy też rodziło się etapami? W jaki sposób Pan Bóg powiedział Księdzu, że chce, by Ksiądz został kapłanem?

     Nie mam żadnej uduchowionej historii swojego powołania, nie usłyszałem tajemniczego głosu, który mówił: pójdź za Mną. Powołanie do kapłaństwa rodziło się, rzeczywiście, etapami. Pan Bóg powoli odkrywał swoją wolę. Sam nie wiem do końca, skąd wzięło się we mnie pragnienie, żeby po maturze pójść do seminarium. Wiedziałem, że chcę sprawdzić, czy to jest to, i poszedłem… Bez jakiegoś wielkiego planu na przyszłość, że muszę zostać księdzem. Także w moim domu rodzinnym panował klimat wolnościowy, tzn. rodzice dawali mi możliwość „otwartych drzwi”. Może właśnie dlatego w kazaniach często mówię o „otwartych drzwiach”, bo z domu wyniosłem prawdę, że zawsze mogę – gdy mi coś nie wyjdzie – do niego powrócić. I z takim przeświadczeniem poszedłem do seminarium, i w takiej wolności odkrywałem powołanie. Gdy na trzecim roku przyjąłem strój duchowny, po raz pierwszy odpowiedziałem sobie, że to chyba jest to. Drugim takim momentem, bardziej kategorycznym, były święcenia diakonatu, kiedy musiałem dosyć poważnie rozeznać, czy chcę służyć Kościołowi jako ksiądz. I diakonat, w jakiś sposób, był dla mnie odpowiedzią; święcenia prezbiteriatu to już była konsekwencja decyzji, którą wcześniej podjąłem. Moje kapłaństwo dojrzewało etapami, spokojnie. Pan Bóg pokazywał mi wszystko przez ludzi, przez różne sytuacje, także i te dramatyczne… Kiedy byłem na pierwszym roku w seminarium, zmarł mój ojciec. Pierwsza wizyta w domu to była wizyta na pogrzebie ojca, po dwóch tygodniach pobytu w seminarium. Wtedy – w jakiś sposób – we wspólnocie seminaryjnej odnalazłem pokój, znalazłem ludzi, którzy pozwolili mi spokojnie spojrzeć na śmierć i przeżyć ten trudny czas.

A wcześniej, przed maturą, należał Ksiądz do grup parafialnych, wspólnot, chodził Ksiądz na pielgrzymki, jeździł na rekolekcje?

     Nie byłem związany z żadną z grup parafialnych, choć może trochę z PMK – Pomocnikami Matki Kościoła; z nimi łączę epizod rekolekcji. Chodziłem na pielgrzymki w grupie poznańskiej (przez wiele lat w „dziewiątce”, potem jako kleryk – w „czwórce”), ale to pielgrzymowanie to był taki dziesięciodniowy zryw duchowy raz w roku. Nie prowadziłem jakiegoś życia duchowego… I chociaż byłem ministrantem, co bardzo lubiłem, nie czułem, że to mnie mocno formuje. Zresztą i ten rodzinny szlif religijności, to był szlif raczej bardziej tradycyjny: święta Bożego Narodzenia, niedzielna Msza Święta… Zawsze mówię o tym podczas przygotowań do Pierwszej Komunii Świętej, wspominam, że nie mam doświadczenia modlitwy rodzinnej, modlitwy wspólnej. I mówię o tym z żalem, bo wierzę, że taka modlitwa ma wielką moc. Czasami zazdroszczę ludziom, także moim kolegom, którzy wyszli z Domowego Kościoła, że modlili się ze swoimi rodzicami, ja – niestety – nie. Bardzo kocham moją mamę, bardzo kochałem i kocham mojego tatę i… modlę się za niego. Gdy przychodzą do mnie ludzie niekoniecznie „wprawieni” duchowo, staram się ich zrozumieć. Pan Bóg mi ich daje, a ja patrzę na nich przez pryzmat własnej historii. Wspomniał Ksiądz o rodzinie.

Ma Ksiądz rodzeństwo?

     Mam dwóch braci: starszego – Roberta, który mieszka w Obornikach, i brata bliźniaka Krystiana, o którym niekiedy nadmieniam w homiliach, a który mieszka w naszym rodzinnym siole – w Wełnie, wybudował się niedaleko domu rodzinnego i pracuje w Chodzieży.

Do Wełny, położonej nad rzeką Wełną w powiecie obornickim, zaprosił Ksiądz kiedyś swoich świętowojciechowych parafian… To Księdza dzisiejsza owczarnia, której od ośmiu lat Ksiądz pasterzuje, do czego wrócimy w dalszej części wywiadu. Najpierw jednak chciałam zapytać o pierwszą Księdza parafię…

     Moja pierwsza parafia – pierwsza miłość… Rok 1998. Wówczas otrzymałem właściwie jedyny dekret wikariuszowski w moim życiu. To była parafia św. Józefa w Środzie Wielkopolskiej. Proboszczem był tam wtedy niezwykły człowiek, dla mnie jak ojciec, ks. Andrzej Marciniak, dzisiaj proboszcz parafii św. Jana Kantego w Poznaniu. Dużo mnie nauczył, był dla mnie przede wszystkim mentorem. Niezwykle mądry człowiek o wielkiej wrażliwości; spojrzenie na wiele spraw zawdzięczam właśnie jego oglądowi. Tam też spotkałem mojego przyjaciela, ks. Waldka Szkudlarka, obecnie proboszcza parafii św. Andrzeja Apostoła w Poznaniu Spławiu. To dosyć śmieszna historia… Ksiądz Waldemar, młodszy ode mnie, pochodzi ze Środy. W seminarium niekoniecznie lubiliśmy się, więc kiedy dowiedział się, że zostanę wikariuszem w jego rodzinnej parafii, kręcił nosem, ale kiedy przyjeżdżał jako kleryk – słuchać musiał; byliśmy na siebie skazani. I Pan Bóg tak pokierował, że związał nas przyjaźnią, która trwa już ponad dwadzieścia lat.

A co działo się dalej? Jakie inne posługi Ksiądz pełnił?

     Po dwóch latach, w roku 2000, otrzymałem dekret kierujący mnie na studia specjalistyczne na KUL, na katechetykę. I o ile o studiach można powiedzieć, że były jakimś marzeniem (choć za największe pragnienie uważałem zawsze pracę duszpasterską w parafii), to kierunek nie był moim ulubionym. Wtedy myślałem o czymś innym, na przykład o teologii duchowości. Chciałem też studiować Pismo Święte i języki starożytne. Potrzeby w archidiecezji były jednak inne: ja to rozumiem. Na KUL-u studiowałem także pedagogikę. Studia doktoranckie ukończyłem finalizacją pracy będącej analizą podręczników do nauczania religii, podręczników dla młodzieży wydawanych na polskim rynku, dokładnie chodziło o wychowanie moralne, czyli o wartości jakie kompendia te przykazują. Studia z pedagogiki traktowałem natomiast jako pewne narzędzie potrzebne do pisania doktoratu, stąd po pięciu latach nie podchodziłem do egzaminu magisterskiego.
Następnie pracowałem w Kurii Metropolitalnej w Poznaniu, już po obronie doktoratu, jako referent katechetyczny; korzystałem z wiedzy zdobytej podczas studiów. Byłem wizytatorem w szkołach. Niezwykle stresująca jest sytuacja, kiedy ktoś kogoś wizytuje. Zawsze widziałem to z perspektywy wizytującego, teraz w szkole, w której uczę, sam przeżyłem hospitację prowadzoną przez Dyrekcję szkoły. To rzeczywiście bardzo stresujące doświadczenie.

Może właśnie dlatego – w związku z obronionym doktoratem, a co za tym idzie i wiedzą z katechetyki – został Ksiądz redaktorem naczelnym „Katechety”, pisma, którego dzisiaj już, niestety, nie ma na polskim rynku, a w redakcji którego miałam również zaszczyt pracować...

     Tak było. Po studiach, w 2005 roku pracowałem w redakcji razem z bp. Damianem Brylem. Wtedy byliśmy w trójkę: ks. Damian Bryl (obecny bp kaliski) jako redaktor naczelny, ks. Szymon Stułkowski (obecny bp płocki) i ja jako zastępcy. To był dobry czas. I ks. bp Damian i ks. bp Szymon to są takie osoby, które noszę w sercu i za wiele rzeczy im dziękuję. Po mnie, a było to chyba w roku 2009, redakcję objął śp. ks. Artur Filipiak, mój przyjaciel. Pamiętam, bardzo się wtedy ucieszyłem, że to właśnie on został redaktorem. Sam nie bardzo chciałem być naczelnym. Trochę męczyła mnie ta praca, pragnąłem normalnych zajęć duszpasterskich. W kurii pracowałem aż do czasu, kiedy zostałem proboszczem w parafii św. Wojciecha (2015 rok). Wtedy poprosiłem o zwolnienie z obowiązków kurialnych. Wcześniej, jako rezydent, duszpastersko pomagałem w parafiach: Matki Boskiej Bolesnej w Poznaniu (2005-2007) i w parafii św. Andrzeja Apostoła – Poznań Spławie, gdzie przygotowywałem młodzież do sakramentu bierzmowania.

W którym roku Ksiądz przyszedł do naszej parafii?

     Do parafii św. Wojciecha zostałem skierowany dekretem z 1 grudnia 2013 roku jako „pomagier” śp. ks. Marka Kaisera, także wizytatora i pracownika kurii. Mogę nadmienić, jako ciekawostkę, że w kurii siedziałem przy tym samym biurku, przy którym pracował ks. Marek. Tu do parafii przyszedłem na chwilę… i zostałem.

Proboszczem jest Ksiądz już osiem lat! Czas niesamowicie szybko płynie…

     To prawda, zawsze sobie to uświadamiam, kiedy mija kolejna rocznica śmierci ks. Marka. Nagle okazuje się, że to już dziewiąta rocznica… Kiedy to było?

Wróćmy może jeszcze do tematu pielgrzymek. Wiemy, że Ksiądz chodził na pielgrzymki nie tylko jako nastolatek. Jako kapłan był Ksiądz opiekunem jednej z grup…

      Tak, byłem opiekunem najmniejszej grupy Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, grupy „4”. Wcześniej już się nią opiekowałem, później pojechałem na studia i przekazałem pielgrzymów koledze. Kiedy ją przejmowałem ponownie, grupa przechodziła chyba jakiś kryzys wspólnotowy, bo liczyła dwadzieścia osób. Tylu nas wychodziło z Poznania. Śmiali się ze mnie, bo mogłem wszystkich pielgrzymów „zapakować” do dużego grupowego samochodu i przewieźć do Częstochowy w ciągu jednego dnia. Wtedy też wielkim odkryciem było dla mnie to, jak niesamowitą rzeczą są tzw. małe wspólnoty (dla porównania: kiedyś prowadziłem grupę dwustu osób). Na trasie trochę pielgrzymów podochodziło, więc ostatecznie na Jasną Górę wchodziło nas około czterdziestu. Wszystkich znałem po imieniu, z każdym w ciągu trwania pielgrzymki byłem w stanie chwilkę porozmawiać, wiedziałem, skąd są… Wcześniej kojarzyłem ich tylko z widzenia, utrzymywałem kontakt jedynie z niektórymi – z tymi, za których czułem się może bardziej odpowiedzialny i nie pamiętałem, kiedy ktoś wspominał, że ze mną wędrował… Teraz było inaczej: miałem wrażenie, że to są moje owce. Dlatego jestem fanem małych wspólnot. To stało się moim wielkim odkryciem, że taki Kościół jest naprawdę piękny, z relacjami, nie masowy. Czułem się nie jak na pielgrzymce, ale tak, jakbym odprawiał rekolekcje. Teraz grupy są właśnie takie. Tę liczebność grup wymógł na pewno czas… Pielgrzymki mają w sobie niezwykłą moc duchową Skończyło się pielgrzymowanie masowe, zmieniły się motywacje wędrowania. Kiedyś, pod koniec lat 80. – pamiętam jako licealista – chodziło się na pielgrzymki, bo można było całkiem sensownie spędzić wakacje, poznać nowych ludzi. Dzisiaj to nie działa: dzisiaj pielgrzymują ci, którzy wiedzą, po co pielgrzymują… I dzieją się dobre rzeczy.

Mówi Ksiądz o fenomenie małych wspólnot, małych grup… Czy one także są obecne na gruncie parafii?

     Trochę z takiej perspektywy patrzę na życie parafialne. Niedawno była I Komunia Święta w parafii. Kiedy grupy dzieci liczą po piętnaście osób, czuje się, że to jest ich uroczystość; dzieci nie są częścią układanki, to jest ich święto, wszyscy przychodzą dla nich, bo to one przyjmują Jezusa po raz pierwszy. To jest mój pomysł na celebrowanie uroczystości I Komunii Świętej, który – według mnie – przynosi całkiem dobry owoc, bo inny jest klimat przygotowania. Chciałbym – i mocno to podkreślam – aby to była uroczystość rodzinna, nie szkolna, nie grupy rówieśniczej (chociaż są z nimi koleżanki i koledzy ze szkoły, z klasy), ale rodzinna, nawet jeśli relacje w rodzinach są trudne. Może jest to okazja, żeby umocnić się wzajemnie, pogodzić, powiedzieć sobie dobre słowo. To naprawdę ekskluzywny moment, bardzo ważny czas w ich życiu. I podobnie gdy chodzi o sakrament bierzmowania. W tym roku były to dwie grupy po 14 osób. Ale już z perspektywy pomyślałem, że może warto byłoby utworzyć trzy grupy maksymalnie po 10 osób. Wtedy dialog jest inny; inna wymiana myśli. Spotkania takie nie są męczące, bo inaczej rozmawia się z grupą trzydziestoosobową, a inaczej – z dziesięcioosobową.

Jak liczne są grupy dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej?

     To zależy od rodziców. Była np. grupa licząca siedemnaście dzieci (najliczniejsza, tzw. „parafialna”) czy też grupa dzieci z Zespołu Szkół Urszulańskich w Poznaniu, ze szkoły, w której jestem duszpasterzem. Dzisiaj, co trzeba podkreślić, mniejsza jest liczba dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej niż dawniej i można to w ten sposób zorganizować. A jeżeli tak można, to trzeba za tym pójść. Jeszcze inną formą, którą praktykuję w parafii, są uroczystości I Komunii Świętej w grupach dwu-, trzyosobowych. Takie I Komunie Święte rodzinne, przeżywane – podobnie jak chrzest święty czy ślub – w gronie rodziny. W takim klimacie… Dziecko przeżywa swoją Pierwszą Komunię Świętą w otoczeniu najbliższych, Msza Święta jest odprawiana dla rodziny. I to jest, wydaje mi się, niezwykle wartościowe. Czasami bywa tak, że osoby, które podczas celebrowania „normalnej” I Komunii Świętej byłyby poza świątynią, paląc papierosy i czekając aż się to wszystko skończy, uczestniczą w Eucharystii. I wtedy okazuje się, że ta liturgia mówi także do nich. Tak to odbieram. Niekiedy dostaję taki feedback: ktoś opowiada, że pojechał, bo musiał, a tak naprawdę poczuł, że spotkał się z Tajemnicą. Kiedy przeżywałam swoją Pierwszą Komunię Świętą były tylko grupy, jak to Ksiądz określił, parafialne i do głowy mi nie przyszło, że może być inaczej. To, co ma miejsce teraz, wiąże się na pewno z duchem czasów, w których żyjemy…

Ale pozwoli Ksiądz, że zapytam teraz o coś zupełnie innego, o śpiew, śpiewanie, bo – jak słyszymy – ma Ksiądz piękny głos. Czy w związku z tym były w życiu Księdza jakieś wydarzenia szczególne: zespół muzyczny, nagrana płyta, psalm podczas ważnych uroczystości kościelnych?

     W roku 1997 współtworzyłem, wraz z obecnym abp. Tomaszem Grysą, taki zespół „Concordia Laetitia”. Nagraliśmy wtedy kasetę ze śpiewami, rozesłaną do parafii, kasetę, która była przygotowaniem do wizyty św. Jana Pawła II w Polsce w roku 1997. Podczas Eucharystii na placu Mickiewicza [3 czerwca 1997 – J.Ł.], pod Poznańskimi Krzyżami psalmu, co prawda, nie śpiewałem, ale służyłem Papieżowi, czytając Ewangelię. Byłem wtedy diakonem. Pamiętam dokładnie… To była Ewangelia o chodzeniu po wodzie i słowa: „Odwagi! To ja jestem, nie bójcie się!” [„Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. A On rzekł: „Przyjdź!” – Mt 14, 27-29; por. Mk 6,50; J 6,16 – J.Ł.].

To Ewangelia o zawierzeniu Jezusowi… Czy chciałby Ksiądz tak zawierzyć, by móc kroczyć po wodzie? Ma Ksiądz takie doświadczenie?

     Chciałbym, z takiego bardzo pragmatycznego powodu. Myślę, że ktoś kto ma taką wiarę, że potrafi w taki sposób zawierzyć Panu Bogu, spokojnie śpi, ma dużo więcej spokoju w sercu, nie obgryza paznokci, mniej boi się o przyszłość, nawet w sytuacjach trudnych zachowuje wielki spokój, bo wie, że żadna burza nie jest w stanie go zniszczyć. I dlatego to pragnienie jest we mnie. Wychodzi mi to… różnie. Gdy patrzę na te 25 lat, muszę powiedzieć, że czasami bywało lepiej, czasami gorzej. Myślę, że dużo nauczyła mnie w tej materii wspólnota parafialna. Życie kurialisty, urzędnika jest takie trochę, jakby to powiedzieć, może tak jak mówią moi uczniowie, „odklejone”. Natomiast życie parafialne ma w sobie to, że wiele rzeczy się urealnia. Jeżeli na przykład spotykam się z ludźmi, nawet przy tym biurku, przy którym teraz siedzimy [w biurze parafialnym – J.Ł], to jest to spotkanie z konkretną historią człowieka i nie można sobie pozwolić na „odklejenie”. A jeśli człowiek na chwilę się „odklei”, to momentalnie wraca.

Powiedział Ksiądz kiedyś, że wspólnota parafialna jest Księdza rodziną…

     Tak powiedziałem, bo tak jest. To trochę fenomen tej parafii; ona nie jest duża. O zaletach małych grup mówiłam, wspominając pielgrzymki. Kameralność tej wspólnoty parafialnej jest szansą. Na papierze parafia liczy 5 tysięcy wiernych. I ktoś mógłby powiedzieć, że nijak ma się do tego kameralność. Ale prawda jest taka, że na niedzielne Msze Święte przychodzi do kościoła ok. 10%, to jest 500 osób. Trzeba mieć świadomość, że część moich parafian chodzi na niedzielną Eucharystię do Ojców Karmelitów. Faktem jest także to, że przyjeżdżają ludzie z zewnątrz: ze Strzeszyna Greckiego, z Antoninka. To też są moi parafianie, nieraz o tym mówiłem i tak ich traktuję. Mógłbym powiedzieć, że administracyjnie jestem bezradny. Uważam jednak, że – mimo innych adresów zamieszkania – mam prawo traktować ich jak swoich parafian. Tak też ich traktuję i biorę odpowiedzialność za swoje słowa.

Czyli rozumiem, że na przykład do sakramentu I Komunii Świętej mogą przystąpić w parafii św. Wojciecha dzieci z innych parafii?

     Muszą przynieść jedynie zgodę, która zwykle nie jest żadnym problemem, stanowi formalność. W tym roku do I Komunii Świętej w naszej parafii przystąpiły np. dzieci ze Starówki, z parafii pw. św. Marcina czy Najświętszego Zbawiciela. Ale konsekwentnie, sam również daję takie zgody. Świat dzisiaj bardzo się zmienił… Myślę, że raczej trzeba się wspierać i cieszyć, że są dzieci, które chcą przyjąć Jezusa. Zresztą tu nie chodzi tylko o sakrament I Komunii Świętej. Muszę się przyznać, że miałem taką sytuację, kiedy na spotkaniu przed udzieleniem sakramentu chrztu świętego podziękowałem rodzicom, że chcą ochrzcić dziecko w wierze Kościoła. Bo to dzisiaj jest rzeczywiście decyzja wiary, nie kwestia tradycji czy rytuału, bo tak trzeba, bo dziecko może zachorować, jeśli nie będzie ochrzczone (spotkałem się, niestety, z takim myśleniem). Powoli zbliżamy się do takiej sytuacji, kiedy przyjdzie nam dziękować rodzicom, że podejmują wobec swoich dzieci taką decyzję, że pragną, by dzieci były ochrzczone.

Co dla Księdza jest najpiękniejsze, a co najtrudniejsze w kapłaństwie?

     Zacznę od tych trudnych rzeczy… To są te wszystkie sytuacje, powiedzmy kościelne (czasami o tym mówię), które trudno mi zaakceptować, przyjąć, że są: kiedy słyszę o jakimś kolejnym skandalu, jakiejś nieprawości, to są te rzeczy, które nawet trudno mi tłumaczyć moim uczniom czy parafianom. Zdarzyło mi się powiedzieć na ambonie, że jest mi po prostu wstyd. Bo już nie wiem, co mówić… Dlaczego to jest takie trudne? Ponieważ czuję się bezradny. Oczywiście, mogę robić, co do mnie należy. Wiem, że wiele rzeczy dzieje się przy tym biurku i ode mnie zależy, jak przyjmę, jak porozmawiam z człowiekiem, który przychodzi np. prosić o chrzest dla swojego dziecka. Wiele zależy od mojej wrażliwości, mojego wyczucia... Natomiast są i takie rzeczy, wobec których staję bezradny i nie wiem, jak tłumaczyć, jak przekonywać. Podziwiam młodych księży, tych, którzy teraz są wyświęcani, którzy wchodzą w tę trudną rzeczywistość kościelną, polską. Nie chcę tu mówić o szczegółach, bo ktoś się może ze mną nie zgadzać, muszę jednak przyznać, że w roku 1998, kiedy byłem wyświęcany, wszystko było chyba trochę prostsze.
Natomiast co jest piękne… Uczniowie zadali mi kiedyś podobne pytanie. Pytanie poważne i trudne. I nie chcąc ich zbywać, zatrzymałem się nad nim dłużej. Piękne są dwie rzeczy. Jedną z nich jest liturgia, Eucharystia. To takie miejsce, które dla mnie jest niezastępowalne. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez Eucharystii.

Co Ksiądz czuje, kiedy trzyma w dłoniach Ciało Jezusa?

     Co czuję… Jedno słowo: czuję się bezpieczny, czuję się zaopiekowany. Podczas Eucharystii doświadczam wielkiego pokoju. Dlatego to jest to jedno, jedyne miejsce, bardzo wyjątkowe.
I drugie miejsce wyjątkowe, to co sprawia, że kapłaństwo jest piękne – to drugi człowiek. Kiedyś moi uczniowie zadali mi pytanie, czy chciałbym zostać biskupem. A kiedy zaprzeczyłem, jeden z uczniów dodał, że św. Paweł uczy: każdy kapłan powinien pragnąć biskupstwa. Nie wyobrażam sobie jednak siebie w takiej roli. Dlaczego nie? Dlatego, że żaden biskup nie ma tak ciekawego i tak niezwykłego życia jak proboszcz. Nudne byłoby dla mnie spotykać ciągle innych ludzi. Piękne jest to, że na niedzielnej Mszy Świętej widzę te same twarze, spotykam ludzi, którzy razem ze mną się modlą. Jako proboszcz mogę przeżywać radość z tymi, którzy proszą dla swoich dzieci o sakrament chrztu albo komunii świętej i naprawdę cieszą się, gdy z ich dziećmi dzieją się dobre rzeczy. Inni pragną, zwyczajnie, aby im pomóc. Sam fakt, że spośród wielu różnych domów, do których mogliby zastukać i prosić o kromkę chleba, wybierają plebanię, jest już dla mnie jakimś wielkim cudem. Kryzys Kościoła, bo dzisiaj dużo mówi się o kryzysie, będzie wówczas, gdy potrzebujący przestaną pukać i prosić proboszcza o pomoc, bo będą wiedzieli, że jej nie otrzymają. To będzie kryzys Kościoła. Okrutny. O wiele większy niż ten, który już jest. Można by jeszcze dużo opowiadać… Kiedy zostałem proboszczem, na wiele rzeczy spojrzałem inaczej, wiele mi się na nowo pootwierało.
I jest jeszcze jedna rzecz. Pandemia, mimo wszystko, przyniosła ze sobą „nowe wynalazki”. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowałbym bez, choćby półgodzinnej, adoracji Jezusa. Dzisiaj zastanawiam się, jak to robiłem, kiedy tego nie miałem, a był taki czas. Zawsze sobie obiecywałem, że pójdę do kościoła i się pomodlę. Teraz muszę być. I choć czasami, ze względu na inne obowiązki, różnie mi to wychodzi, gdzieś w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że to poczucie obowiązku staje się miejscem, w którym Pan Bóg mówi do mnie: zobacz, to jest czas dla nas…

Myśli Ksiądz, że wystawiony na ołtarzu Pan Jezus sprawi, że do kościoła przyjdzie więcej ludzi?

     Na samym początku miałem takie pragnienie, wygłosiłem nawet takie specjalne kazanie o adoracji Najświętszego Sakramentu. Natomiast z czasem zauważyłem, że to ja – jak inni nie wiem – tego potrzebuję. Dzisiaj wiele takich rzeczy, których nie rozumiem, wobec których czuję się bezradny, bez tych słów wypowiedzianych w ciszy: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną, grzesznikiem” [por. Łk 18,39 –J.Ł.], byłoby nie do udźwignięcia, nie do zniesienia. To jest ten czas, który mnie w ciągu dnia ustawia. Czasami przychodzi mi zmierzyć się z jakimś krzyżem albo zadać pytanie: co Ty, Panie Jezu, o tym myślisz, bo często w ferworze dnia nie ma na to czasu. My nie chcemy Boga pytać o wiele rzeczy, robimy je po swojemu. Adoracja ustawia mnie do pionu.

Czy Ksiądz jest uparty? Czy Pan Bóg długo musi czekać na Księdza „tak”?

     W relacjach duchowych raczej nie. Pewnie bardziej uparty jestem w relacjach z ludźmi. Natomiast w relacjach duchowych, wydaje mi się, że staram się być posłuszny. Rok temu przełożeni zadali mi pytanie, czy gdybym dostał dekret o zmianie parafii, odwoływałbym się, czy przyjął go w pokorze. Odpowiedziałem wtedy, i dzisiaj też bym tak uczynił, że przyjąłbym go w pokorze. Mogę się z nim nie zgadzać i uważać, że mam lepszy pomysł na swoje życie, ale przyjąłbym go w duchu posłuszeństwa. Mam taki trochę krnąbrny charakter, wiem o tym, a w kontaktach z ludźmi czasami jestem uparty i delikatnie apodyktyczny. Jeżeli mówimy o tym w kontekście parafialnym, to muszę powiedzieć, że najbardziej cierpią wtedy parafianie, osoby z rady parafialnej, ze wspólnot duszpasterskich. Ale jeżeli coś im nie pasuje, to powiedzą – taki już wytworzył się klimat, że powiedzą.

Na koniec zapytam jeszcze o jedną rzecz. Co Ksiądz lubi robić? Jakie są Księdza zainteresowania?

     Jest to na pewno muzyka. Jaka? Różna. Przy jazzie na przykład pracuję. Kiedy jadę na motocyklu, słucham muzyki rockowej; jest ona jakimś biciem mojego serca. Ale kiedy czytam, lubię ciszę; wtedy muzyka mnie rozprasza i nie mogę się skupić. Lubię jeździć na kolarzówce – to mnie uspokaja i relaksuje oraz czytać książki. Hobbystycznie traktuję również nauczanie. Śmieją się z tego moi uczniowie, dziwią koledzy, a dla mnie nauczanie to prawdziwy fitness duchowy. Bo tak jest naprawdę. Wiele rzeczy dzisiaj bym nie przeczytał, do wielu nie zajrzał, gdybym nie miał swoich uczniów, którzy przychodzą czasami z jakimś gotowym tematem. To jest też moja praca zawodowa, bo kiedy zostałem proboszczem, siostry zaproponowały mi nauczanie religii w Zespole Szkół Urszulańskich w Poznaniu. Czasem myślałem, żeby zostawić pracę w szkole, bo bywają sytuacje, kiedy trudno pogodzić mi rzeczywistość parafialną z rzeczywistością szkolną, ale dzięki elastyczności Dyrekcji możliwe stało się w miarę harmonijne łączenie obowiązków i teraz już nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie uczyć. W tym roku, po czterech latach nauki, mury szkolne opuścili pierwsi moi maturzyści. To jest piękne; kiedy patrzy się na tych młodych ludzi, człowiek wie, po co żyje. Wcześniej uczyłem pojedyncze klasy, ale ci uczniowie wytrzymali ze mną najdłużej; „męczyliśmy się” ze sobą cztery lata; byli niesamowici.

W tym miejscu wypada mi Księdzu ogromnie podziękować, podziękować za wiele rzeczy: za to, że Ksiądz zgodził się na rozmowę, za poświęcony czas, za to, że podzielił się Ksiądz z nami swoim życiem, za szczerość… W imieniu redakcji gazety „Święty Wojciech” i… Parafian chciałabym życzyć kolejnych pięknych jubileuszy kapłańskich, a na co dzień: przylgnięcia do Jezusa, bo On jest naszą drogą i prawdą, i życiem (por. J 14,6).

Rozmawiała: Justyna Łopaczyk